czwartek, 10 listopada 2016

"66 twarzy Jacentego ;D"


11 listopad 2016 


Dziś właśnie mija dokładnie 2,5 roku od momentu gdy postawiłem swoje stopy w Ameryce Południowej!! Z tej okazji przygotowałem coś zupełnie innego niż dotychczas tak więc zamiast pisać coś na blogu to tym razem zrobiłem krótki filmik.

Sporo osób pytało mnie zawsze "a gdzie zdjęcia selfie, czemu nie robisz selfie?" Odpowiedź jest prosta; bo nie przepadam za bardzo za tego typu zdjęciami i prawie ich nie wykonuje. Jednakże poszperałem na moim dysku i znalazłem ich nawet całkiem sporo, zebrałem je w całość i postanowiłem zaprezentować jak zmieniała się moja facjata przez te 2,5 roku podróży w Amerce Łacińskiej ;)

 Także zapraszam serdecznie na filmik pt. "66 twarzy Jacentego" ;D pozdrawiam goraco!
Ps. Zapraszam do komentowania i która twarz tobie najbardziej przypadła do gustu haha ;)


sobota, 5 listopada 2016

Spotkanie z Kasią z Polski, wyprawa z wariatami w góry oraz produkcja instrumentu Didgeridoo !


27 wrzesień 2016 spotkanie z Kasią z Polski


Kolejnym ciekawszym wydarzeniem było spotkanie kolejnej rodaczki :). Najpierw w ogóle o tym jak się skontaktowaliśmy.

Kasia napisała w grupie autostopowicze czyli my posta odnośnie tego iż wpada do Kostaryki i czy ktoś tam jest z Polski. Ja tego posta nie zauważyłem na facebooku ale oznaczył mnie Maciek Badziak – kolega podróżnik. Tak też zobaczyłem posta dopiero i napisałem do Kasi gdy ma jakieś pytania niech pisze na priv.

Poszedłem dziś na TEC aby skorzystać z internetu i jakąś godzinę przed planowanym wyjściem z tutejszej biblioteki napisała do mnie Kasia i powiedziała iż dziś przyleciała na Kostarykę i jest w Cartago. W Cartago? Ale jaja przecież ja tu mieszkam! Mało tego powiedziałem jej, że jestem na uniwersytecie technologicznym także może tu przyjść jak chce. Okazało się iż mieszka też niedaleko stąd i przyleciała do kuzynki której mąż jest profesorem tu na uniwerku! Tośmy się oboje zdziwili!! Poza tym dziś w ogóle to miałem jechać do San Jose i zarabiać na ulicy ale jakoś intuicja mi podpowiedziała abym nie szedł tylko zrobił sobie dzień wolny i poszedł do biblioteki na neta i proszę jakie zaskoczenie:). To już setny jak nie tysięczny dowód na to iż zbiegi okoliczności nie istnieją!

Umówiliśmy się więc pod biblioteką na 13:00. Gdy bujałem się na huśtawce zauważyłem idącą wysoką dziewczynę o włosach koloru blond także wiedziałem iż to Kasia. Przywitaliśmy się serdecznie i na zaczęliśmy rozmowę na tej huśtawce właśnie. Kasia powiedziała iż przyleciała z USA bo była na wymianie studentów i właśnie ją zakończyła i chcieli wysłać ją samolotem do Polski ale ona zapytała czy zamiast do Polski mogą jej bilet do Kostaryki załatwić i tym ciekawym sposobem znalazła się tutaj odwiedzając kuzynkę. Kasia studiuje finanse a raczej już kończy bo w 27 października z tego co pamiętam ma mieć obronę aby zdobyć tytuł magistra. Opowiedziałem jej w wielkim skrócie o mojej ponad 3 letniej podróży autostopem. Pytała mnie również o miejsca do zwiedzenia to poleciłem parę mi znanych w tym dwa wulkany które musi zobaczyć bo przecież u ich podnóża mieszkamy a są to wulkan Irazu oraz wulkan Turrialba który jakoś od maja tego roku się ponownie uaktywnił i wyrzuca co jakiś czas kłęby pyłu wulkanicznego co zostało przeze mnie udokumentowane i z filmowane podczas mojej wyprawy tam:)

Zaproponowałem Kasi iż możemy się razem wybrać na to gospodarstwo które ma mój przyjaciel Bernal u którego wynajmuję pokój i powiedziałem, że jak chce to możemy się tam wybrać jutro w górskie, zielone tereny z rajskimi motylami i rzeką.


28 wrzesień 2016 Jedziemy na gospodarstwo

Umówiłem się z Kasią na uniwerku o 9:00 przy a stamtąd poszliśmy do mojego mieszkania gdzie zapoznałem Kasię z jego właścicielem Bernalem. Kasia była zafascynowana malowidłami oraz tą roślinnością w środku. Wsiedliśmy do jeepa Bernala i pojechaliśmy najpierw po jego znajomego którym okazał się chłopak skejcik przypominającym z wyglądu skrzata. Następnie do sklepu kupić ser, bułki oraz masło i Kasia zakupiła sobie piwka i cuba libre czyli rum z colą. Po drodze Bernal zakupił jeszcze kozie mleko. Pojechaliśmy na punkt widokowy skąd było widać pięknie całą dolinę z miastem Orosi oraz jezioro. Wstąpiliśmy też do pewnego domku dwóch braci bliźniaków którzy zajmują się wyrabianiem rzeźb z drewna kawowego. Liczne figurki dziadów i babek z laskami oraz twarze zrobiły na mnie wrażenie tym bardziej iż przypominały drzewa Enty z władcy pierścieni.
Następnie zjechaliśmy w dół nad to jeziorko i dojechawszy do tamy ujrzeliśmy wytryskującą wodę na moście zatrzymaliśmy się tam aby zrobić zdjęcia tamy i zobaczyliśmy piękną tęczę tworzącą się z tej wytryskującej wody której źródłem okazała się pęknięta tuba.

Koło tamy grill także Kasia spróbowała jakiegoś tam mięcha i pocisnęliśmy do miasta orosi. Bernal po raz kolejny zaprosił nas do spróbowania czegoś nowego a były to orzeszki ziemne w panierce cukru z trzciny cukrowej i to z przyprawą chili.

Miało to miejsce tuż pod Kościołem i to najstarszym i jako najlepiej zachowanym w całej Kostaryce a jego data powstania to chyba 1730r. W jego wnętrzu przywitał nas Jezus w niebieskiej sukience.... . To już po raz kolejny w Ameryce Łacińskiej rzeźby i twarze Jezusa po pierwsze są w tutejszym odcieniu czyli Jezus – Latynos oraz jego stroje i zdobne szaty jakich jeszcze oczy nie widziały. Tym razem wersja niebieskiej sukienki która raczej według mnie zrobiła parodię z osoby Jezusa i wyglądało to komicznie :). Jaki kraj – taki Jezus hehe tak to bym podsumował.

Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy już w stronę tego gospodarstwa ale zaliczyliśmy jeszcze jeden przystanek. Zatrzymaliśmy się mianowicie przy drodze gdzie pewien facet w takim otwartym namiocie sprzedawał owoce Pejibaye - Wilhelmka wytworna czyli owoce palmowe. Kasia miała okazję spróbować i podsumowała tak jak ja smakuje jak taki słodki ziemniaczek. Mało tego tutaj piję się wodę z młodego kokosa zwaną „Pipa” która podobno jest najzdrowszą i najczystszą wodą jaka istnieje na naszej planecie. Pipa wiadomo co oznacza po Polsku:) „Pipa fria” oznacza „zimna pipa” także mieliśmy też okazję napić się przez słomkę prosto z zimnej pipy hehhe czyli z młodego kokosa.

Finalnie dojechaliśmy na gospodarstwo gdzie zjedliśmy owoce pejibaye z majonezem oraz ja przygotowałem kanapki na wypad w góry. Owoce popiłem mlekiem z kozy którego chyba nie piłem od ponad 20 lat. Pamiętam tylko tyle, że jak byłem mały to miałem alergię na mleko z krowy i rodzice kupowali mleko od kozy Dobrocina i tak się wyleczyłem z alergii. Mleko od kozy jest super zdrowe a już nie wspominając o pysznych serach. Chcesz jeść zdrowo i bez chemii które ładowane są teraz wszędzie do jedzenia oraz w postaci antybiotyków, sterydów i hormonów podawanych zwierzętom? To kup sobie kozę :) Bernal piję alkohol taką tutejszą wódkę która robiona jest z trzciny cukrowej – Cacique ale jest on szalony bo pije ją z mlekiem czasem i to teraz z mlekiem kozim co sam zaprezentował! Takiego czegoś jeszcze nie widziałem aby pić alkohol z mlekiem! Wariactwo!


Zabraliśmy się i poszliśmy drogą w górę, podejście okazało się stromę dosyć także trzeba było chwilę odsapnąć. Doszliśmy na górę i weszliśmy w las, było pełno błota na ścieżce także zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki ale udało nam się usłyszeć przynajmniej małpy wyjce oraz zobaczyć tę piękne, ogromne i niebieskie motyle – morpho.

Wróciliśmy do drogi głównej i poszliśmy tym razem w inną stronę dalej idąc w górę. Znaleźliśmy opuszczoną drewnianą chatę, jakieś płótniane poniszczone wigwamy. Ukazał się piękny widok na góry, las oraz wulkan Irazu w oddali. Zeszliśmy niżej i weszliśmy do opuszczonej chaty gdzie posililiśmy się kanapkami oraz ciastkami akurat podczas gdy rozpadał się deszcz. Ktoś zostawił tutaj garnki, przyprawy, olej a nawet biblię. Po ulewie gdy schodziliśmy na dół udało się nam zobaczyć kolorowego tukana siedzącego na drzewie iglastym.

Wróciliśmy na dół na gospodarstwo gdzie dojedliśmy platany z serem a raczej ja dojadłem bo Kasia już była pełna.

Przed 17:00 wróciliśmy z powrotem do Cartago i podwieźliśmy Kasię do miejsca gdzie mieszka jej kuzynka aby nie musiała iść z buta spory kawał i tak się już dziś nachodziliśmy w tych górach.

Dolina Orosi

Z Kasią Rodaczką


przy tamie z Kasią

takiee tęcze !!


Escobary

Przepiękne rzeźby z drewna kawowego


Entowie

rodzina Entów

Kościół w Orosi


Jezus w sukience !! Jezus Latynos :)

Samochód Komunisty Bernala 

Jest i Fidel Castro pilnujący drzwi kierowcy

jest i Lenin pilnujący drzwi pasażera

owoce palmowe - pejibaye

lodówka rewolucjonistów Kostaryki


idziemy w góry




Dzięcioła na iglaku to rozumiem

ale Tucan na sośnie ?



Bernal jest artystą i maluje portret biologa którego zamordowano bo bronił żółwi które są na wyginięciu..... 


Poniżej film z mojej wyprawy z Kasią z Polski:
                     (film z napisami PL)




29 wrzesień – 21 październik 2016


Okres ten oczywiście spędzony na ulicy w pracy, kolejni wspaniali ludzie, uśmiechy, piękne dziewczyny chodzące po tej ulicy gdzie gram. Dzielenie się moimi historiami oraz polecanie mojej strony internetowej.

Poza pobytem na ulicy spędzam czas też w domu w Cartago aby odpocząć i jak zawsze poczytać pewne wartościowe rzeczy oraz coś obejrzeć. Znalazłem też już jakiś czas temu pewnego starca który mieszka nie daleko i sprzedaje zdrowe, swojskie mleko od krowy za cenę 1000crc (2$) za 2,5l co jest dla mnie rewelacją. Kupiłem z tej okazji też płatki śniadaniowe których strasznie dawno nie jadłem i przy okazji zdziwiło mnie iż znalazłem z supermarkecie „Pequeńo mundo” musli z Czech :) Jeszcze tu nie widziałem żadnych produktów od naszych płd. sąsiadów a tym bardziej z Polski. Także ucieszyłem się iż mogłem kupić coś z rejonu bardzo bliskiego mi bo mieszkam na płd. Polski przy samej granicy z Czechami, poza tym zawsze jeździło się z rodziną na jakieś wycieczki tam czy zakupy także prawie jak w domu :)


12 październik 2016

Kasia z Polski chciała się ponownie spotkać i poprosić mnie abym pokazał jej stolicę Kostaryki czyli miasto San Jose. Zgodziłem się więc i rankiem spotkaliśmy na uniwersytecie w Cartago a stamtąd poszliśmy na dworzec autobusowy i pojechaliśmy do San Jose.

W trakcie jazdy opracowywałem trasę wliczając w to muzeum narodowe do którego chciała iść Kasia. Jak dojechaliśmy do miasta zobaczyłem na horyzoncie czarne chmury a więc jak chcemy coś zobaczyć to musimy się sprężać bo może zaraz padać.

Zaczęliśmy zwiedzanie od Parku głównego „Parque Central” oraz Katedry „Metropolitana” tuż obok. Następnie poszliśmy na plac „plaza de la Cultura” i wstąpiliśmy do teatru narodowego. Chcieliśmy wejść do muzeum pre Kolumbijskiego muzeum złota „Pre- Colombian museo de oro” ale za wejście dla obcokrajowców 10$ !! Ceny z dupy tutaj wymyślają sobie. W innym muzeum „ Museo de jade” czyli przed Kolumbijskiego muzeum wyrobów z kamienia które tworzyli tutejsi Indianie powiedzieli nam tą samą cenę. Poszliśmy więc na pewien bazar z rękodziełami, kolorowymi torbami oraz instrumentami muzycznymi a następnie do tego muzeum narodowego który wstęp okazał się w końcu bez płatny. Pierwsze i chyba najlepsze wrażenie jak dla mnie zrobiły motyle „morfo” te piękne, ogromne i niebieskie motyle to moje ulubione. W zrobionym w środku ogrodzie motyle miały położone na tackach owoce guayaby które sobie sączyły i dzięki temu można było do nich podejść i zrobić zdjęcia czy nakręcić film, nieco wyżej okazało się iż jest też specjalne miejsce gdzie motyle opuszczają swoje kokony i przechodzą metamorfozę :) .


Następnie poszliśmy do parku narodowego „parque nacional” tam przerwa na szamę i lody „copos” które sprzedają jeżdżący z wózkami mężczyźni na ulicy :)

Potem przez kolejny park „parque Morazan” i na ulicę główną „avenida central” gdzie pracuje na ulicy i gram. Tutaj Kasia poszukiwała jakiś bluzek. Ze sklepów poszliśmy do „Mercado Central „ czyli na ten targ miejski gdzie kupiłem parę warzywek potem na kolację i wróciliśmy do Cartago po dniu zwiedzania San Jose.


Na następny dzień zostałem zaproszony przez Kasię i jej kuzynkę na obiad wegetariański także poszedłem w odwiedziny zapoznając się z Joanną i jej synkiem Adasiem. Także zostałem ugoszczony , pogadali my i zjedli.


17 - 19 październik 2016 didgeridoo


Właściciel domu gdzie mieszkam zaprosił nas mieszkających tutaj na wypad w góry w stronę wulkanu Turialba który już od maja wyrzuca co jakiś czas pył. Pojechaliśmy ja, Anderson, Martin oraz Dawid. Po raz kolejny piękne widoki górskiego klimat:

Poniżej film z tej wyprawy z Polskimi Napisami: TYLKO DLA DOROSŁYCH 18+





Kolejnego dzionka pojechaliśmy też z Bernalem na gospodarstwo gdzie wcześniej byłem z Kasią. Tym razem ja, Martin i Dawid pojechaliśmy tam aby szukać bambusów na instrumenty didgeridoo które chcemy zrobić.

Instrumenty są kozackie i grali na nich Aborygeni – indianie z Australii w moim przekonaniu od tysięcy lat!! Poza tym dźwięk tego instrumentu jest co raz bardziej powszechny i występuje bardzo często łącząc rytmy muzyki trance. Moim ulubionym zespołem w tym klimacie jest „Hilight tribe”.

DIDGERIDOO
Nazwa instrumentu nie pochodzi od żadnego aborygeńskiego słowa ale od irlandzkiego wyrażenia „Dudaire Dubh” znaczącego dosłownie „czarny trębacz”. Słowo to po raz pierwszy pojawiło się w druku w 1926 roku.

Didgeridoo ma kształt rury, zazwyczaj o długości od 1 do 1,5 m, bardzo rzadko spotyka się instrumenty krótsze lub dłuższe. Autentyczne aborygeńskie didgeridoo robione są z lokalnych odmian eukaliptusów, zazwyczaj z głównego pnia drzewa, choć spotyka się instrumenty zrobione z bocznych gałęzi. Rzemieślnicy wytwarzający te instrumenty spędzają dużo czasu wyszukując odpowiednie drzewo, które musi w środku być wyjedzone przez termity, bez naruszenia zewnętrznej części pnia.

Aby uzyskać odpowiedni dźwięk, należy nie tylko dmuchać do instrumentu, ale raczej „buczeć”. Większość doświadczonych muzyków grających na didgeridoo wykorzystuje tzw. technikę oddechu cyrkulacyjnego, polegającą na równoczesnym dmuchaniu powietrzem z ust i wciąganiu go do płuc przez nos. Używając tej techniki, dobry muzyk może nieustannie grać jeden modulowany dźwięk tak długo, jak tylko chce. Na współczesnych nagraniach mistrzowie didgeridoo potrafią grać nieustannie przez parę godzin.

Nie istnieją żadne solidne źródła, według których można by określić dokładnie, kiedy instrument ten został wynaleziony, niemniej często można spotkać się ze stwierdzeniem, że jest to jeden z najstarszych instrumentów dętych na świecie. Badania archeologiczne aborygeńskich malowideł skalnych w północnej Australii sugerują, że mieszkańcy rejonu Kakadu używają didgeridoo od przynajmniej 1500 lat.

Dla aborygenów zamieszkujących północną Australię didgeridoo jest ważna częścią ich kultury i odgrywa kluczową rolę w wielu z ich tradycyjnych ceremonii, w czasie których na didgeridoo mogą grać tylko mężczyźni.


Dotarliśmy do miejsca przy rzece gdzie rosną bambusy i poszliśmy z maczetą i piłą aby szukać odpowiednich. Najpierw jednego z bambusów ściął sobie Dawid potem Martin a ja cierpliwie czekałem na maczetę bo piła tępa. Ściąłem 2 bambusy, odmierzyłem długość oraz przyciąłem na mniejsze kawałki. Martin pajacował i rzucił maczetą w ziemię aby pokazać jak się wbija. Niestety nie poszło mu to a ja w tym samym momencie dostałem ziemią w lewe oko, zaraz mnie przeprosił po tym. Na tym nie koniec bo gdy maczetowałem bambusa kawałek uderzył mnie po raz kolejny w lewe oko. Na szczęście nic się nie stało poważnego chodź zastanawiałem się czy aby na pewno bo czułem przez cały ten dzień jakbym coś miał pod powieką i odczuwałem ból. Na szczęście kolejnego dnia wszystko minęło.

Z miejsca wycinki bambusa poszliśmy zabierając po jednym w stronę gospodarstwa. Spory kawałek tam mieliśmy a ponadto rozpadał się deszcz także przyszliśmy cali mokrzy. Zjedliśmy obiadek.

Potem rozpocząłem pracę nad moim didgeridoo. W pierwszej kolejności należało metalowym prętem przebić membrany (miejsca styku poszczególnych segmentów bambusa) tak aby dobrze oczyścić jego wnętrze. Następnie zrobiłem ustnik szlifując górę bambusa. Potem sprawdziłem jak brzmi moje własne Didgeridoo. Okazało się iż brzmi super teraz kwestia praktyki.

Pojechałem jeszcze kolejnego dnia i zrobiłem jeszcze 3 kolejne i znalazłem odpowiednią długość i tonację dźwięku bo tamte wcześniejsze okazało się trochę za ciężkie i dźwięk nie był tak czysty. Tym razem z 4 instrumentów wybrałem jeden najlepiej brzmiący :)

W następną niedzielę pojechałem aby zobaczyć się z Cinthią i wręczyłem jej również 2 didgeridoo aby praktykowała bo tak na prawdę to ona wspomniała o tym instrumencie Didgeridoo że by chciała mieć i zainspirowała mnie do ich stworzenia i również posiadania. Nauka gry na nim nie jest taka prosta jak się wydaje bo to jest tak jakby tuba w którą należy odpowiednio dmuchać aby wydobyć konkretny dźwięk:)



Poniżej film przedstawiający moje poszukiwania odpowiedniego bambusa oraz fragment jego wytwarzania:




sobota, 29 października 2016

Cartago


26 sierpień – 10 październik 2016


Okres od powrotu ze świątyni skrytej w zielonej dżungli minął mi niespodziewanie szybko i postaram się opisać w skrócie co się działo przez ten czas.

Mianowicie wróciłem do Cartago gdzie teraz mieszkam i jak wcześniej większość dni spędzam na ulicy dorabiając sobie a w wolne chadzam albo na uniwersytet TEC gdzie mogę bezproblemowo używać internetu. Mój współlokator Martin zarejestrował mój komputer i telefon jako jego na studenta i mam teraz dostęp do wifi. Jest to specjalny system także nie dało rady zalogować się znając hasło i nazwę użytkownika. Uniwersytet technologiczny tu w Cartago jest zaledwie 200m od mojego mieszkania także jest git :)!

Zafascynowałem się prędkością internetu którą sprawdziłem na tej stronce www.speedtest.net/pl/

co czynię od jakiegoś czasu aby wiedzieć z jakim łączem mam do czynienia a szczególnie prędkością wysyłania ze względu na wrzucenie zaległych filmów na youtube oraz dropbox aby zabezpieczyć dane. Prędkość jaka mi się pokazała to ponad 100mb na ściąganie i chyba z tego co pamiętam 20mb na wysyłanie co i tak tutaj jest rewelacją, niestety jednak po prawdziwym teście użytkowania okazało się iż tak wiele osób korzysta z tego łącza iż przesyłanie filmów na youtube okazało się bardzo powolne.

Któregoś dnia na ulicy zarabiając hajs podeszła do mnie dziewczyna i zapytała mnie co tu robię itp. Oczywiście opowiedziałem jej o mojej podróży. Dziewczyna ma na imię Mariana i zapytała mnie czy będzie mogła zrobić o mnie film na vimeo do jej projektu. Oczywiście zgodziłem się i umówiliśmy się ja któryś dzień.

Mariana pojawiła się na umówiony dzień i przyszła wraz z jej mamą o włosach koloru rudego co tutaj jest rzadkością. Zapoznałem się z jej mamą i jak się okazało jest artystką. Poszliśmy z ulicy do parku ale akurat zaczęło padać tak więc miałem chwilę aby zjeść obiadek zapakowany do plastikowego pudełka. Potem gdy deszcz ustał poszliśmy do parku i tam dopadła mnie mała trema przed kręceniem klipa ale ogarnąłem to. Tak więc przy żywym tle zielonych roślin oraz kwiatów wypowiedziałem się na temat mojej podróży i filozofii oraz dlaczego w ogóle zacząłem podróż. Powiedziałem o tym jak ważna jest w życiu wolność, otwartość umysłu i poznanie prawdy o otaczającym nas świecie oraz również o kłamstwie i zniewoleniu przez system w którym żyjemy.

Następnie zostałem zaproszony do wegetariańskiej restauracji Vishnu gdzie wypiłem kawę oraz rozkoszowałem smakiem pysznych lodów.

Jeszcze spotkałem się kolejnego dnia aby nagrać krótki kolejny klip gdy jestem na ulicy. 

Film o mnie! Wersja Angielsko - Hiszpańska:




Oczywiście podczas tego okresu spotkałem jeszcze wielu innych wspaniałych ludzi którzy byli pomocni, zainteresowali się moją historią tak więc dzieliłem się z nimi moim doświadczeniem oraz polecałem jak zawsze moje strony internetowe czyli blog podróżniczy po polsku gdzie jest tłumacz oraz nowego bloga po hiszpańsku odnośnie bardzo ważnych rzeczy na drodze ku wolności, zdrowiu oraz podróżowania :)


poniedziałek, 19 września 2016

Przeprowadzka do Cartago, wyprawa do Nikaragui oraz urodzinowa i nie planowana podróż do świątyni skrytej w dżungli !!


Casa de los indios - dom Indian


pojechałem do miasta Cartago rankiem więc i odebrał mnie spod kościoła chłopak który mieszka w tym hostalu. Ma na imię Martin i pochodzi z Wenezueli ale mieszka tutaj ponad 12 lat w Kostaryce jak wyjechał miał 19. Zaskoczył mnie niesamowicie fakt iż mieszkał on w Wenezueli w dżungli zalewie 30min drogi od najwyższego wodospadu na świecie „Salto Angel” który ma ponad 900m wysokości!! Polecam wszystkim niesamowitą znaną bajkę „Up” magiczna historia powiązana właśnie z tym wodospadem. W Wenezueli nie byłem ale jak się tam pojawię to oczywiście wodospad zaliczam a może mi się nawet uda postawić swój dom mam tu na myśli rozbić mój namiot na skałach na samym szczycie tego wodospadu co oczywiście zostało zainspirowane filmem animowanym „Up”.

Po wędrówce na małą górkę, jak się okazuje jesteśmy na miejscu i jesteśmy w moim nowym domu czyli hostalu dla Indian z Kostaryki. Dom nazywa się „ Casa los Indios” i prowadzony jest przez mężczyznę który mnie do niego zaprosił o imieniu Bernal i powiedział iż mogę spokojnie zostać na tydzień czy dwa bez żadnych opłat.

W środku na ścianie pełno malowideł w tym portrety znanych rewolucjonistów i uwaga Komunistów. Jest portret Che Guevary, Boba Marley'a, Mahatma Gandhiego, rewolucjonistów z Boliwii, nawet Fidela Castro. Jak się okazuje właściciel jest komunistą z Poglądów ale jak się okaże to wspaniały człowiek a komunizm w Ameryce Łacińskiej to zupełnie inna historia niż znany nam Europejczykom. Mnie takie poglądy zupełnie nie interesują a jak ktoś jest zainteresowany historią komunizmu w Ameryce Południowej i Środkowej to odsyłam do wujka google aby tam sobie poszukać.

Teraz napiszę odnośnie właściciela który od 12 lat prowadzi ten hostal dla Indian. Tak naprawdę nie jest to hostel bo działa zupełnie darmowo!! Funkcjonuje to na takiej zasadzie że lokalny szpital znajdujący się tutaj w mieście Cartago ma pewnego rodzaju porozumienie z tym ośrodkiem. Biedni Indianie mający problemy zdrowotne i trafiający do szpitala są tam informowani o tym iż w przypadku gdy nie mają gdzie zostać na noc mogą się zatrzymać w tym właśnie domu „Casa de Indios” bo tutaj nic ich to nie kosztuje!! Właściciel może i jest komunistą ale to w żadnym wypadku nie jest gorszym człowiekiem do innych a wręcz przeciwnie! Człowiek ten oferuje biednym Indianom mieszkającym w rezerwacie Indian „Reserva Indígena Cábecar Chirripó „ darmowe noce, pozwala skorzystać z kuchni i toalety! Bernal jest niesamowitym człowiekiem pomagając innym i to zupełnie bezinteresownie! Dlatego ja mam w dupie sugerowaniem się i patrzeniem na ludzi przez pryzmat ich poglądów politycznych i ustrojowych.

Poza tym dom jest niesamowicie kolorowy w środku, liczne malowidła w tym niesamowicie piękne przedstawiające Indian z Gwatemali czyli Majów. Pełno portretów sławnych ludzi – komunistów którzy walczyli o wolność. Dom jest przepięknie umalowany, są też portrety Indian czyli rdzennych mieszkańców.

Dostaję swój pokój na górze i materac do spania. Na piętrze mieszka jeszcze 5 osób poznaję ich potem są to Fercho, Anderson, David i Jafet. Mieszkają tutaj już od dłuższego czasu. I płacą niewiele za miesiąc także jak będę potrzebował zostać dłużej to też zapłacę na pewno. 

Aktualnie w domu jest jeden z Indian Cabecas z rezerwatu Chirripo któremu urodziła się córeczka ale jest wcześniaczką i urodziła się 2 miesiące przez czasem także potrzebuje Hospitalizacji. Rodzice więc są tutaj zagospodarowani aby być blisko swojej córeczki i mieć niedaleko do szpitala. Kostaryka jest krajem który zamieszkują rdzenne plemiona Indian zamieszkujący te tereny od ponad 3 tysięcy lat. Są to wyżej wymienione plemiona Cabecas oraz Bribri. W Rezerwacie Indian Cabecas znajduje się ich ok 14 tysięcy aktualnie. Wyznają relgię Sibu.

Po to właśnie właściciel Bernal od 12 lat prowadzi ten dom dla Indian aby im pomagać. Bernal – Komunista z wielkim sercem a ja w tym domu czuję się jak najbardziej swobodnie i panuje tu przyjazna atmosfera i magiczne malowidła. Flag komunistów sierpa i młota tutaj nie ma także taka to różnica iż nie czuję się jak w Związku Radzieckim tylko w domu otoczony pięknymi kolorami i portretami naprawdę wielkich ludzi. Postaram się może jakoś wyjaśnić o komunizmie tutaj w Ameryce Łacińskiej bo to zupełnie inna Historia. A flag tak jak Fazowski nie mam zamiaru palić nawet gdyby były bo po pierwsze jest się w innym kraju a więc nie Twój Cyrk nie Twoje małpy. Poza tym nawet Fazowski też widzę iż zmądrzał bo zdejmował flagi komunistów w Azji i obawiał się o swoje życie bo zrobiło się nieciekawie.

Dlatego nie ważne jaki ustrój w kraju, jaki system polityczny bo wszystkie one zostały stworzone po to aby nas kontrolować! Wszystkie one są iluzją poczucia wolności. Wszystkie one istnieją aby zrobić z nas niewolników pracy płacących podatki. Tak jest ze wszystkim tak samo dajny na to z leczeniem ludzi chorych. Leczy się objawy w Polsce likwidując np. guza nowotworowego za pomocą chemii czyli objaw choroby nowotworowej a nie jego przyczynę która leży w systemie immunologicznym. Poza tym skuteczność chemioterapii wynosi 3% a dla porównania leczenie witaminą C w potężnych dawkach która nie szkodzi od 30-45% wyleczalności! To są tylko przykłady jaki terror się sieje na świecie i w jakim kłamstwie my ludzie, obywatele żyjemy. Jeśli chcę się zmienić ten świat to powinniśmy zacząć zmiany u źródła a nie w miejscu gdzie rzeka jest już brudna. Dlatego najlepiej od takiego zatrutego źródła się odciąć i przestać mieć z nim cokolwiek wspólnego. Dlatego potrzeba nam się nieustannie kształcić nie tylko skończyć liceum czy studia i myśleć teraz to ja jestem kimś!! Mam dyplom mgr czy doktora !! Jupii.....!! Prawda jest taka iż edukacja to nie tylko ta szkolna czy akademicka ale to ta poza nią! Wszystko czego sami się dowiemy, co nam inni przekażą i co zostanie nam dane z niezależnych źródeł informacji to jest prawdziwa wiedza!! Żyjemy w erze internetu i tu można doszukiwać się prawd i prawdziwej potężnej wiedzy bo w szkole i systemach edukacji tego nam nie powiedzą, bo nikt nie chce abyś potrafił rozwiązać problem u jego źródła, być człowiekiem prawdziwie mądrym, oświeconym i wolnym. Nikt Cię tego nie nauczy bo ich też tego nie nauczono! Nikt z systemu nie chce abyśmy byli ludźmi wolnymi Oni chcą abyśmy byli jego niewolnikami trzeba to w końcu sobie zakodować i zrozumieć i zacząć się budzić i uciekać z matrixa czego wszystkim życzę. Ja już przez 3 lata podróżowania zrozumiałem i dowiedziałem się o tak wielu rzeczach o jakim filozofom się nie śniło i nikt mi tego nigdy by nie powiedział. Samo-edukacja to najważniejsza edukacja życia!! Jeśli chcesz znać prawdę i nie żyć w kłamstwie to szukaj jej, spotykaj osoby które prawdę głoszą, czytaj, oglądaj z medycyny naturalnej, z fizyki, astronomii, chemii itp.itd. Rozwijaj się sam!! Masz internet? Masz! Jest to najtańsza a wręcz bezpłatna edukacja jaką możesz sobie zafundować! Chcesz poznać prawdy życia ? To zacznij szukać a jak już zaczniesz ogarniać i przejrzysz w końcu na oczy to uświadomisz sobie iż to co uważałeś za prawdę okazało się kłamstwem! Porzucisz to i nie będziesz chciał mieć nic z tym wspólnego, nie będziesz chciał do tego wracać! Ja jestem poszukiwaczem prawdy, od ponad 3 lat ją gromadzę i się nią z Wami dziele! Podróż jest świetną opcją na gromadzenie wiedzy i poznawanie świata i prawd z nim związanymi. Bądź i Ty poszukiwaczem prawdy i zawsze dziel się nią z innymi!


Ścienne malowidła w domu Indian


mam żywy dach

komunistyczne sentencje

głowa odcięta przez Majów

ściana z malowidłami rewolucjonistów - komunistów

jest Che Guevara

jest też bobek i einstein

jest i Jezus


jest stawik buddy

jest i Budda

Niesamowite 3 malowidła Indian z Gwatemali na 3 różnych ścianach (połączyłem 3 zdjęcia aby lepiej zobrazować )


mój nowy pokój


16 – 27 lipiec 2016 pobyt w Cartago


Właściciel tego miejsca gdzie mieszkam ma też finkę czyli mały kawałek ziemi położonym w górach niedaleko miasta Orosi. Zostałem tam przez niego zaproszony więc zabrałem się wraz z Martinem, jakimś facetem i ojcem właściciela który ma obecnie 104 lata!!! Jest w takim wieku ale wygląda na znacznie znacznie mniej powiedziałbym iż wygląda na jakieś 80kilka. Siedzi z przodu obok zapięty pasami bezpieczeństwa. Bernal zapoznał mnie z nim mówiąc to niego „to jest Jacek z Polski!!! „ powiedział że mu miło i uścisnęliśmy sobie dłonie :). Jeszcze nie ściskałem dłoni z tak starym człowiekiem :). To mój pierwszy raz bezpośrednie powitanie ze sto latkiem baaa z 104 latkiem! Pojechaliśmy w stronę zielonych gór tam odbiliśmy w boczą drogę i aby tam dojechać trzeb było przekroczyć rzekę. Bernal ma jeepa także bez problemu się przeprawiliśmy i dotarliśmy do tego miejsca na gospodarstwo którym okazał się mały domek. Całe to miejsce położone jest w zielonej dolinie, jest rzeka i podobno jakiś wodospad niedaleko. Posiadłość bardzo ciekawa, przywitały mnie 3 pieski i zielony ogród. Obejrzałem trochę to miejsce na ogrodzie i posiedziałem z nimi ale potem oni rozpoczęli alkoholową biesiadę a dokładnie rum z Kuby bo generalnie po to tu przyjeżdżają. Ja alkoholu nie piję tak samo jak i nie jem mięsa. Zjadłem tam trochę bezmięsnego ryżu i udałem się z Martinem nad rzekę a potem poszliśmy drogą w stronę tego wodospadu. Przyłączyły się do nas dwa psy z domu oraz potem jakiś jeden z innego gospodarstwa. Pięknie tu i zielono, kolorowe motyle latają i rajskie ptaki ale wodospadu nie ma. Doszliśmy na sam koniec drogi tak jak powiedział nam Bernal ale chyba coś pomylił bo żadnego wodospadu na jej końcu nie znaleźliśmy. Potem ja zostałem nad rzeką aby pomedytować i obserwować ptaki a Martin wrócił wraz z psami. Ja potem gdy wracałem zagadałem do jednego faceta i zapytałem o ten wodospad i powiedział mi iż to na tej górze się znajduje a więc w zupełnie innym kierunku niż ten co wskazał nam Bernal a poza tym wodospad skryty jest w tropikalnym lesie i aby się do niego dostać trzeba przejść przez jakieś gospodarstwo Europejczyków. Dziś jest na to za późno bo o 17:00 wracamy do Cartago ale może innym razem. Wracając zawitałem jeszcze na kolejne gospodarstwo gdzie zauważyłem iż sprzedają sery to zapytałem faceta czy nie dałby mi na spróbowanie trochę bo nie zabrałem ze sobą pieniędzy co jest prawdą. Wpuścił mnie i ukroił mi kawałek sera z domowego gospodarstwa czyli organicznego bez żadnych hormonów i sterydów którymi szpikuje się krowy przemysłowe. Serek okazał się być dobry ale za to facet dziwny bo zaprosił mnie iż mogę tu następnym razem zostać jak będę chciał. Podziękowałem za zaproszenie a on mnie pytał kiedy mógłbym tu się zjawić itp. Od razu wydało mi się to podejrzane poza tym facet z twarzy też nie wyglądał na godnego zaufania także wyczułem dziwne intencje i złą wibrację. Podziękowałem i poszedłem bo i tak miałem zamiar tu być 5min co najwyżej bo zaraz 17;00 i się zbieramy stąd z Martinem i Bernalem. Przyszedłem z powrotem i potem dopiero ok 18:00 jednak się zebraliśmy stamtąd i jeszcze Bernal postanowił iż pojedziemy do Orosi koło jeziora „lago de Cachi” gdzie chciał mi pokazać okolicę. Martin kazał mi zapiąć pasy na tyle i powiedział że „Bernal się spił i wszystko się może zdarzyć”. Jedo 104 letni ojciec na przodzie, my z tyłu i jedziemy. Udało mi się zobaczyć tylko Orosi i znajdujący się w nim mały kościółek który jest najstarszym w całej Kostaryce. Potem zapadł zmrok tak więc z przejazdu dookoła jeziora i pięknych widoków nici. Poza tym tutaj niedaleko są góry w których przez cały rok pada deszcz! Dosłownie każdego dnia w roku tam leje!! Jeszcze chwilę temu przed zapadnięciem zmroku było widać jak tam lało. Wracamy do Cartago.

rzeka koło Orosi

Ojciec właściciela 104 letni staruszek!

niech żyje żyje nam 200 lat 200 lat niech żyje żyje nam :)

magiczne kwiaty na gospodarstwie Bernala



jest i motyl Morfo - ogromny i mój ulubiony

plantacja kawy


perfekcja natury  i jej geometria wokół!


Przez kolejne dni chadzam grać na okarynie także wychodzę rano i wracam wieczorem. Teraz też aby dojechać do San Jose potrzeba mi godziny a w korkach wieczorem nawet 1,5h. Także odpada mi z dnia ok 2,5 h na dojazdy. Wcześniej gdy byłem blisko centrum u Cithnii bo miałem 20min autobusem. No ale coś za coś nie można mieć wszystkiego bo teraz mam swój własny pokój nie płacąc nic.


26 lipiec 2016 granica z Nikaraguą


Dzisiaj ostatni dzień legalnego pobytu w Kostaryce tak więc po raz kolejny muszę się udać na granicę z Nikaraguą aby przedłużyć pobyt bo tak czuję iż powinienem zostać. Pojechałem więc z Cartago na terminal autobusowy i tam zakupiłem bilet do Ciudad Quesada a z stamtąd kolejny go miasta Los Chiles tuż przy granicy. Jadę tam po raz czwarty już tak więc droga jest mi dobrze znana i co trzeba zrobić aby dostać kolejną pieczątkę. Byłem tam 3 razy i najpierw trzeba zapłacić podatek za wyjechanie z Kostaryki który wynosi 9$ następnie na granicy już po stronie Nikaragui płaci się 12$ za wizę wjazdową następnie czekasz 3 godziny i możesz ponownie wjechać do Kostaryki i dostać pieczątkę na kolejne 90 dni po zapłaceniu kolejnych 2$ po stronie Nikaragui. Nie podoba mi się to zdzieranie kasy za zwykłe opuszczanie kraju oraz za wjazd do kolejnego bo łączne opłaty wynoszą 23$! Ale to chyba lepsze niż normalne zasady pobytu czyli 90 dni i gdy wyjedziesz do sąsiedniego kraju i wrócisz masz kolejne 90dni czyli 180 dni w roku możesz maksymalnie dostać w wielu przypadkach. W Ekwadorze np. co jest żałosne – legalny pobyt to 90dni w roku!!Tutaj w Kostaryce możesz sobie tak wjeżdżać i wyjeżdżać bez limitu zresztą jak i w Panamie gdzie do paszportu na dzień dobry wbijają Ci wizę na 180dni! Tak więc jak do tej pory Panama i Kostaryka to wymarzone kraje w których możesz przebywać ile Ci się żywnie podoba. Oczywiście do momentu gdy skończy Ci się miejsce w Paszporcie ale tutaj jest myk bo gdy się skończy to można ubiegać się o paszport tymczasowy w kraju w którym się przebywa bez potrzeby wracania do Polski. W paszporcie znajduje się sporo nowego miejsca na wizy i tak w kółko można robić. Jeśli ktoś jest zainteresowany taką opcją co robić przy ważności obecnego paszportu to polecam wyszukać na necie dokładny opis jak to zrobić.

Ja tym razem na granicę zabrałem ze sobą plecak, namiot, materac i jedzenie oraz wodę bo wiem iż nie uda mi się wrócić tego samego dnia. Na mapie zobaczyłem iż niedaleko przy granicy znajduję się rzeka wypływającą z największego jeziora Ameryki Środkowej – Jezioro Nikaragua o powierzchni 8150 km² to prawie 1/5 powierzni Kostaryki gdzie aktualnie się znajduję!. Ponad to jezioro Nikaragua jest na 4 miejscu co do największego jeziora w całej Ameryce Łacińskiej. Na pierwszym miejscu jest jez. Macaraibo w Wenezueli 14 343 km². Na drugim jez. Patos w Brazylii 10 145 km². Na trzecim jez. Titicaca w Peru 8300 km².

Po przybyciu na granicę zauważyłem iż odbyły się tam liczne remonty i dowiedziałem od strażnika który mnie już tu zna pewnej ciekawej rzeczy a mianowicie iż następnym razem jak tu przyjadę to nie będę musiał czekać 3h tylko 3minuty i mogę wracać z powrotem! Niesamowite!! Mają jakiś nowy system skomputeryzowany i nawet odpadło wypełnianie tych papierowych formularzy przed wjazdem i wyjazdem. Mam na myśli te karteczki na których zapisuję się swoje dane i z jakiego kraju do jakiego oraz jaki rodzaj wizy. Tego już tutaj nie ma. Dziś jest za późno abym mógł wrócić bo granicę w Los Chiles zamykają o godzinie 16:00 a właśnie dochodzi ta godzina także przybyłem także ruszam od razu na piechotę w stronę tej rzeki. Jedzie mały minibus i zbiera mnie na stopa zawożąc nad tą rzekę na most. Stamtąd idę na gospodarstwo przy rzece i akurat zaczyna padać pytam pracujących tam czy mogę się schronić oni, że tak. Faceci wyglądają dosyć podejrzanie coś tam gadamy o mojej podróży skąd jestem itp. Następnie idę nad rzekę na chwilę i idę na most potem opuszczając gospodarstwo. Zrobiłem kanapki i rozpocząłem nagrywanie video timelapse. Gdy byłem na moście nagle usłyszałem potężną eksplozję niedaleko i przypomniałem sobie iż tutaj w Nikaragui była wojna jakiś czas temu i są jeszcze stare miny!! Potem gdy przyszli żołnierze patrolujący most i zapytałem ich co to za eksplozja była i potwierdzili mi że to stara mina wybuchła, ja trochę się obawiam bo przecież chce rozbić mój namiot tutaj dzisiaj zaraz na pastwisku z krowami aby przenocować do jutra abym mógł wrócić z powrotem do Kostaryki.

Oglądałem piękny zachód słońca nad rzeką a po zmroku pożegnałem się z żołnierzami i poszedłem szukać miejsca na namiot i rozbiłem się przy drodze przy ogrodzeniu do pastwiska jednak odpuściłem sobie chodzenie po polu po ciemku bo kto wie jeszcze wysadziłoby mnie w powietrze heheh. W trakcie rozkładania namiotu komary pogryzły mnie strasznie i w namiocie było tak gorąco iż nocki prawie nie przespałem.

Pelikan na dachu





magia panoramicznego zachodu słońca

<3<3




Poniżej filmy:








Rankiem kolejnego dnia wstałem i zobaczyłem pełno mężczyzn jadących drogą na rowerach do pracy na gospodarstwa. Zjadłem owsiankę i zobaczyłem iż ten most jest nowy jakoś 2 lata temu został wybudowany przez Japończyków poza tym Japonia jest krajem partnerskim Nikaragui podobno. Przeszedłem mostem i poprosiłem żołnierzy aby złapali mi stopa bo i tak zatrzymują auta do kontroli. Pierwszy pickup zabrał mnie do granicy a jechałem z dwoma chłopakami też jadącymi do pracy.

Na granicy bez problemu otrzymałem po raz 4ty wizę na kolejne 90dni pobytu:) Wsiadam w busa i wracam do miasta Cartago gdzie aktualnie mieszkam!

kemping przy drodze i moście





27 lipiec – 10 wrzesień 2016 Pobyt w Cartago c.d


Po powrocie z granicy wracam do mojego pokoju który wynajmuje za 60$/miesięcznie. Przez ten okres jak zwykle udaje się do stolicy Kostaryki czyli miasta San Jose i gram na okarynie oczywiście chadzam jak mi się za chce. Dużo dni robię wolnych a może inaczej jak czuję intuicyjnie iż dzisiaj nie powinienem iść do pracy na ulicę to nie idę. Nie ma jakiegoś przymusu bo sam jestem sobie Panem i szefem i mogę grać na ulicy jak długo mi się podoba. Spotykam kolejnych wspaniałych ludzi, dzielę się z nimi doświadczeniami oraz wiedzą. Daję im link do mojego nowego bloga po Hiszpańsku odnośnie zdrowia,świadomości,rozwoju duchowego oraz porad jak podróżować za grosze czy też wybudować się za grosze. Za dużo nie działo się przez ten czas jeśli chodzi o jakieś wyprawy była jedna w moje urodziny.

Chodzę też medytować w fajne miejsca zdjęcia poniżej:


moje miejsce medytacji





24 - 26 sierpień 2016   - Czyli nie planowany wyjazd urodzinowy



Ponownie po raz 4 ty urodziny na obczyźnie. Ponownie nic nie planuje ani jakoś świętować też nie mam zamiaru bo przestały mnie bawić te wszystkie obchodzenia dni urodzin, imienin, dni takich i owakich ponieważ każdy dzień powinien być tak samo ważny i pamiętny a nie określać się raz do roku aby komuś sprawić prawdziwą miłą niespodziankę czy mu coś życzliwego powiedzieć.


Joł - tak to ja od 8 maja 2014 czyli ponad 2 lata pobytu w Ameryce Łacińskiej - włosy wciąż rosną - pozdro


W przed dzień 24go sierpnia zadzwoniłem jedynie do mojej koleżanki Amiry w celu zapytania czy ma olej kokosowy może do sprzedania i jak mi powiedziała nie ma ale jedzie jutro do prowincji Guanacaste i powiedziała, że jak chce to mogę się z nią zabrać. Zapytałem też jej z jakiej okazji tam jedzie a ona na to iż jutro są urodziny Kyszny. Moja koleżanka Amira jest tej wiary i jadą tam do małej świątyni skrytej w górach, jest wodospad też i pełno zwierząt i małp Kongo. Od razu się zafascynowałem tym oraz zdziwiłem iż jutro 25go sierpnia gdy ja mam urodziny obchodzone są urodziny Kryszny który urodził się ok 3228 r p.n.e. czyli ponad 5 tysięcy lat temu.